Zakochałam się w przyjaciółce

Zakochałam się w przyjaciółce

Cześć, dziewczyny! Wpadłyście tu, bo pewnie chcecie usłyszeć coś soczystego – i słusznie, bo dzisiaj będzie o mnie, o miłości i o tym, jak życie czasem rzuca ci curveballa prosto w twarz. Ja, wasza blogerka od sarkazmu i życiowych historii, piszę do was, moje babeczki, z tematem, który jest jak scenariusz filmu – tylko bez happy endu z Hollywood. Będę krytyczna wobec facetów (nawet jeśli tym razem nie grają głównej roli), trochę wobec siebie (bo kto normalny tak się pakuje?), ale bez obwiniania się – to nie moja wina, że serce czasem robi, co chce. Siadajcie wygodnie, opowiem wam, jak zakochałam się w przyjaciółce, jak całowałyśmy się w publicznych miejscach i co to w ogóle mówi o miłości – z humorem, bez ściemy i z mojego punktu widzenia.

To wszystko zaczęło się w wakacje – bo kiedy, jak nie wtedy, człowiek robi głupoty? Ja swoje przeżyłam – od platonicznych westchnień do facetów, którzy i tak nie łapali o co chodzi, po ten jeden raz, kiedy spojrzałam na moją kumpelę Ankę i pomyślałam: „O cholera, coś jest nie tak, bo ja chcę ją pocałować”. I wiecie co? Pocałowałam. Więc dzisiaj rozkładam to na części – co się stało, dlaczego i czy w wakacje można zaszaleć z miłością bez oglądania się za siebie.


Kiedy spojrzałam na nią inaczej, a w głowie miałam tylko „o nie, to się nie dzieje naprawdę”

Zacznijmy od początku – Anka była moją kumpelą od lat. Razem śmiałyśmy się z facetów, którzy pisali do nas na Tinderze teksty w stylu „hej, ładna jesteś, masz psa?”. Typowa babska przyjaźń – wino, plotki, narzekanie na świat. Ale tamtego lata, na wakacjach nad jeziorem, coś się zmieniło. Siedziałyśmy na pomoście, ona się śmiała z mojego nieudanego skoku do wody, a ja nagle zauważyłam, że ma takie oczy, że… no, że chce się w nie patrzeć. „Co ty, głupia?” – pomyślałam, ale serce już waliło jak młot.

To nie był facet – żaden z tych nieogarniętych typów, co zapominają odpisać albo myślą, że „hej” to podryw roku. To była ona, a ja, wieczna sceptyczka, zaczęłam się zastanawiać, czy zwariowałam. Ale wiecie co? Nie zwariowałam – po prostu się zakochałam. I to nie tak, że chciałam – to się stało, jakby ktoś mi wcisnął guzik „play” w głowie.


Kiedy całowałyśmy się na ławce w parku, a ja się śmiałam, że faceci pewnie myślą, że to dla nich

No i stało się – całowałyśmy się. Pierwsza była plaża, potem ławka w parku, a na końcu przystanek autobusowy, bo wakacje to czas, kiedy człowiek przestaje się przejmować, co inni pomyślą. Na tej ławce pamiętam, jak się zaśmiałam: „Anka, pewnie jakiś facet nas teraz podgląda i myśli, że to show dla niego”. Ona też się zaśmiała, a potem mnie pocałowała jeszcze raz – i wiecie co? To nie było show. To było prawdziwe, choć ja, mistrzyni sarkazmu, wciąż miałam w głowie: „Okej, ale co ja teraz zrobię z tym wszystkim?”.

Faceci zawsze myślą, że wszystko kręci się wokół nich – raz jeden typ nawet nas zagadnął: „Fajnie się bawicie, co?”. „Tak, ale nie dla ciebie” – rzuciłam, a Anka się popłakała ze śmiechu. Ale serio, dziewczyny – całowanie jej w publicznym miejscu to nie był bunt ani performans. To był moment, kiedy przestałam się pilnować i po prostu poczułam, że chcę.


Od czego zależy, w kim się zakochamy – i dlaczego ja i tak nie rozumiem, jak to działa

No dobra, ale od czego to zależy? Czemu Anka, a nie jakiś facet z brodą i tatuażem, o jakich zawsze marzyłam? Ja swoje rozkminiłam i dochodzę do wniosku, że miłość to loteria – nie wybierasz, tylko losujesz. Jasne, są teorie o feromonach, wspólnym śmiechu i chemii, ale ja się zakochałam w jej sposobie mówienia „no weź” i w tym, jak marszczyła nos, kiedy piła za kwaśne wino. Facetów krytykuję za многое, ale tu nie było żadnego – był tylko ktoś, kto znał mnie na wylot, a ja i tak się nabrałam.

Pamiętam, jak kiedyś kumpela zapytała: „To co, teraz lubisz dziewczyny?”. A ja: „Nie wiem, lubię Ankę”. I to chyba cała odpowiedź – nie chodzi o płeć, tylko o człowieka. Ale ja, wieczna analizatorka, i tak drążę: „Okej, ale dlaczego akurat ona?”. Może dlatego, że z nią nie musiałam udawać.


Czy w wakacje można zaszaleć z miłością – i co to dla mnie oznaczało, kiedy lato się skończyło

No i kluczowe pytanie – czy wakacje to czas, żeby zaszaleć? Jasne, że tak. Słońce, wolne dni, brak rutyny – to jak zaproszenie do robienia głupot. Całowanie Anki w parku? W lutym bym się zastanawiała, co ludzie powiedzą, ale w lipcu? Miałam to gdzieś. Wakacje to taki reset – możesz być kim chcesz, nawet zakochaną wariatką, która całuje kumpelę na oczach przechodniów.

Ale potem lato się skończyło, a z nim nasze szaleństwo. Anka wróciła do swojego życia, ja do swojego – i choć czasem piszemy, to już nie to samo. Co to dla mnie oznaczało? Że miłość czasem przychodzi jak burza, a potem odchodzi jak deszcz – zostawia mokre ślady, ale nie zawsze zostaje. I ja, cyniczka, i tak się cieszę, że to przeżyłam.


Zakochałam się w przyjaciółce, całowałyśmy się w publicznych miejscach, a ja wciąż nie wiem, od czego zależy, w kim się zakochamy. Wakacje dały mi szansę zaszaleć, i choć to się skończyło, to nie żałuję. Ja swoje przeżyłam – od paniki po śmiech z własnej odwagi. A wy? Zakochałyście się kiedyś w kimś niespodziewanym? Szalałyście w wakacje? Dajcie znać w komentarzach, bo ja już swoje rozkminiłam, a teraz lecę sprawdzić, czy mój kot też umie się zakochać. Chociaż on pewnie tylko w karmie. Trzymajcie się, babeczki!