Pierwsza randka przed tobą?
Cześć, dziewczyny! No to mamy temat, który każdej z nas prędzej czy później spędza sen z powiek – pierwsza randka. Stoisz przed lustrem, poprawiasz włosy po raz piętnasty, a w głowie kotłuje się jedno pytanie: „Co ja, do cholery, mam z nim rozmawiać?”. Spokojnie, siadajcie, bierzemy się za to razem, bo ja już swoje randkowe katastrofy mam za sobą i mogę wam coś podpowiedzieć. Oczywiście z przymrużeniem oka, bo życie to nie komedia romantyczna, a faceci rzadko kiedy są jak Ryan Gosling w „Pamiętniku”. Będę pisać z mojego punktu widzenia – trochę krytycznie wobec siebie, bardzo krytycznie wobec nich, ale bez zbędnego użalania się nad sobą. To dla was, moje babeczki, żebyście nie wpadły w panikę przed tym wielkim dniem.
Pierwsza randka to taki dziwny twór – niby masz się dobrze bawić, ale w głowie cały czas myślisz: „Czy ja wyglądam jak idiotka? Czy on wygląda jak idiota? Czy oboje jesteśmy idiotami, że tu siedzimy?”. Ja zawsze podchodzę do tego z mieszanką ekscytacji i sarkazmu, bo wiem, że połowa facetów i tak nie ogarnia, co powiedzieć, żeby nie brzmieć jak sprzedawca odkurzaczy. Ale dobra, skupmy się na nas – jak rozmawiać, żeby zrobić wrażenie, nie zasnąć z nudów i może nawet coś z tego wyjść? Oto moje złote rady, prosto z pola bitwy.
Jak zacząć rozmowę, żeby nie brzmieć jak spięta nauczycielka albo zdesperowana fanka small talku
Pierwsza zasada – nie rzucaj się od razu na głębokie wody typu: „Opowiedz mi o swoim dzieciństwie” albo „Jakie masz plany na emeryturę?”. Raz zaczęłam randkę od pytania: „Co sądzisz o zmianach klimatycznych?”, bo chciałam brzmieć inteligentnie. Facet spojrzał na mnie jak na kosmitkę i powiedział: „No… pada, to źle”. Koniec tematu. Od tamtej pory stawiam na coś lekkiego, ale nie banalnego. Na przykład: „Jaka była najgłupsza rzecz, którą zrobiłeś w tym tygodniu?”. To brzmi luźno, a jak odpowie coś w stylu „Zapomniałem butów do pracy”, to już masz o czym żartować.
Ja zawsze próbuję udawać wyluzowaną, ale prawda jest taka, że jak mi się facet podoba, to zapominam połowy słownictwa. Kiedyś jeden zapytał, co lubię robić w wolnym czasie, a ja zamiast powiedzieć „czytać książki”, wypaliłam: „No wiesz, takie tam… rzeczy”. Brawo, ja. Więc tip numer jeden: przygotuj sobie w głowie dwie, trzy rzeczy o sobie, żeby nie brzmieć jak ktoś, kto zapomniał, kim jest.
Jak podtrzymać rozmowę, kiedy on milczy jak zaklęty, a ja zastanawiam się, czy nie lepiej rozmawiać z kelnerem
No i dochodzimy do klasyka – facet, który na randce mówi mniej niż mój kot. Siedzi, patrzy, kiwa głową, a ja czuję się jak prowadząca teleturniej. Pamiętam jedną randkę, gdzie zapytałam: „Lubisz podróżować?”, a on na to: „Tak”. Cisza. „Gdzie byłeś ostatnio?” – ciągnę dalej, a on: „W górach”. I znowu cisza. Dziewczyny, ja wiem, że nie jesteśmy ich terapeutkami, ale czasem trzeba ich trochę rozruszać. Moja taktyka? Rzucam coś głupiego, np. „Gdybyś mógł pojechać gdziekolwiek, ale tylko z plecakiem i bez kasy, to co byś wybrał?”. Jak nie odpowie, to już wiem, że szkoda mojego czasu.
A propos – faceci uwielbiają, jak się śmiejesz z ich żartów, nawet tych suchych. Raz jeden rzucił: „Wiesz, dlaczego pizza jest lepsza od faceta? Bo zawsze przychodzi ciepła”. Zaśmiałam się, choć w głowie pomyślałam: „Boże, serio?”. Ale to podziałało, bo się rozgadał. Więc czasem warto zagrać w tę grę – niech myśli, że jest królem komedii.
Jak uniknąć niezręcznej ciszy, kiedy oboje zastanawiamy się, czy to już czas, żeby udawać, że musimy do toalety
Niezręczna cisza to randkowy odpowiednik piekła. Nienawidzę tego momentu, kiedy oboje gapimy się w talerz i udajemy, że to fascynujące. Raz, żeby ją przerwać, wypaliłam: „Myślisz, że kelner nas podsłuchuje?”. Facet się zaśmiał i zaczął snuć teorie spiskowe o obsłudze. Od tamtej pory mam w zanadrzu kilka takich głupotek – „Co byś zrobił, jakby teraz zaczęło padać w środku knajpy?” albo „Myślisz, że ten stolik jest nawiedzony?”. Brzmi idiotycznie, ale działa lepiej niż pytanie o pogodę.
I jeszcze jedno – jak już się rozkręci, nie bójcie się rzucić czegoś o sobie, nawet jeśli to lekko sarkastyczne. Na przykład: „Ja to w sumie jestem beznadziejna w gotowaniu, ale za to mistrzyni w zamawianiu pizzy”. To brzmi naturalnie, a jak on podłapie, to macie o czym gadać. Jeśli nie podłapie, to cóż – może nie warto marnować na niego kolejnej godziny.
Co robić, kiedy on za bardzo się rozgada, a ja już żałuję, że nie wzięłam słuchawek
No i na koniec – co, jeśli traficie na gadułę? Był u mnie taki jeden, co przez 20 minut opowiadał o swojej kolekcji figurek Star Wars. Ja kiwałam głową, a w głowie miałam: „Ratunku, ja nawet nie wiem, kto to Darth Vader”. W takich chwilach trzeba umieć przejąć stery. Delikatnie, ale stanowczo. Na przykład: „Wow, to brzmi jak pasja, a powiedz mi, co byś robił, jakbyś miał jeden dzień wolny od wszystkiego?”. Przekierowujesz temat i ratujesz się przed śmiercią z nudów.
A jak już naprawdę nie daje rady? Uśmiechasz się, mówisz: „Fajnie się słucha, ale muszę lecieć, bo kot mi przewróci mieszkanie” – i zwiewasz. Bo, dziewczyny, nie jesteśmy od tego, żeby się męczyć. Pierwsza randka to nie terapia dla niego ani maraton wytrzymałości dla nas.
Podsumowując, moje drogie – rozmowa na pierwszej randce to sztuka, ale da się ją ogarnąć. Bądźcie sobą, ale tą wersją siebie, która nie zapomina języka w gębie. Rzucajcie lekkie tematy, śmiejcie się z jego żartów (nawet tych słabych), a jak coś nie idzie, to pamiętajcie: zawsze możecie powiedzieć, że musicie do łazienki i nigdy nie wrócić. Ja tak raz zrobiłam i do dziś nie żałuję.
Dajcie znać w komentarzach, jak wam idzie randkowanie i jakie macie sposoby na rozmowę. A ja lecę sprawdzić, czy mój kot naprawdę coś przewrócił, czy to tylko moja wymówka na wszelki wypadek. Trzymajcie się, babeczki!